9 grudnia 2009 r. odwiedził nas w Toporzysku niezawodny major Zbigniew Makowiecki, z którym nie mieliśmy okazji widzieć się od końca „Wrześniowego Szlaku”. Odbierając go z pociągu bezbłędnie zlokalizowałem jego wagon po sporej ilości młodych pań, które w nim podróżowały. Doświadczenie mi mówiło, że kobiety lgną do naszego majora jak opiłki do magnesu.
Jest. Pan major Makowiecki uśmiechnięty, wyprostowany – wydaje się być w świetnej kondycji. Do popołudniowego spotkania mamy trochę czasu, jedziemy więc odwiedzić przyjaciół - Marię i Wincentego Smolaków, którzy z panem majorem nie widzieli się szmat czasu. Do Toporzyska docieramy na obiad. Wieczorem oglądamy zdjęcia i wspominamy przeżyte chwile na szlaku walk Pułku. Pan major snuje swoje opowieści z wojny, odpowiada na liczne pytania oraz sypie anegdotami jak z rękawa. Mimo późnej godziny ani myśli o odpoczynku, wręcz siłą musimy nakłaniać go do udania się do pokoju. Choć właściwie to już nas do tego przyzwyczaił. Sprawę, której od tylu lat służy zawsze stawia na pierwszym miejscu. I trochę mi wstyd, że nie zawsze i nie wszyscy bierzemy z niego przykład…
PW